Portal miłośników polskich szlaków wodnych

Kanał Oberlandzki – Perła Prus Wschodnich, 2010

Druga odsłona mojej prywatnej wojny z Zakonem miała miejsce w środku lata. Postanowiłem zdobyć Malbork wodą z drugiej strony (kilka tygodni temu tuż pod zamkiem mój ponton przeistoczył się w uboota, dźgnięty przez niemiecki drut na śluzie – zob. opowieść o Wiśle), atakując go od strony Bałtyku. Ten miałem zdobyć płynąc jachtem z … Iławy … najpiękniejszym jeziorem w Polsce … a następnie najbardziej fascynującym tajemniczym szlakiem wodnym Prus Wschodnich. Gdy odbierałem policyjny jacht w malej przystani koło Tillwalde zapowiadała się wyśmienita pogoda. Wieczorkiem raczyliśmy się najlepszą rybką nad Geserichsee. Jeszcze tak dobrze przyrządzonego okonia nie jadłem. W drodze powrotnej przekonałem się, że także i szczupak może zostać podany w spektakularny sposób. Gdy słonce zaczynało zachodzić zacumowałem jacht w maleńkiej zatoczce. Wśród nenufarów. Przy maleńkim podziurawionym pomoście, który prowadził z jeziora w krzaczasty niedostępny gąszcz. O zachodzie słońca rzuciłem do wody koło ratunkowe i wskoczyłem za nim. Cóż za rozkosz! Kąpiel wśród kaczuszek, perkozów, łabędzi. Wokoło tylko ptasi śpiew i pluskanie bobrów. Piękno otaczającej nas przyrody powaliło nas z nóg. O świcie odpaliłem katarynkę i powolutku ruszyłem w kierunku Oberländischer Kanal. Już po chwili musiałem trafić w wąskie wrota przeciwpowodziowe pamiętające jeszcze czasy pruskie. Dzięki temu, że nikt ich nie naprawia, nie konserwuje, są piękne. Czuć ich duszę. Z zapartym tchem prowadziłem jacht nasypem, kilkanaście metrów nad groblą pomiędzy dwoma jeziorami. Wielcy niemieccy hydrotechnicy chcieli połączyć Jeziorak z Bałtykiem. Wymyślili nie tylko spektakularny system pochylni, dzięki którym jacht płynie po wzgórzach. Gdy trzeba było, bo wymagały tego prawa fizyki i grawitacji, usypali wysoka groblę, wykopali w niej głęboki kanał a na brzegach w celu wzmocnienia nasadzili ogromne i prastare dzisiaj drzewa. Człowiek jest piękną, mądrą i niezwykle inwencyjną istotą. Przekonuje się o tym na każdym kroku płynąc w kierunku Elbing i Frisches Haff.

Fascynacja kończy się tuz za Liebemühl. Silnik zaczyna rzęzić i zaraz staje. Okazuje się, że kanał jest zablokowany przez dziwnie poucinane wodorosty. Gdy wracam kilka mil i pytam śluzowego, czy można kontynuować rejs, ten odpowiada mi, że tuż za zakolem, gdzie się zatrzymałem na wodorostach kanał przechodzi w rozlewisko i dalej już można spokojnie płynąć. Gdy pytam o przyczynę zatoru, ten odpowiada mi, że tydzień temu powyżej śluzy kanał był koszony. I tu ręce opadają mi. Leniwi robole nie pozbierali skoszonych wodorostów na barkę, tylko pozwolili m gnić w upale, zanieczyszczać krystalicznie czysta wodę i torować szlak wodny. Gdy wieczorem czytam historię kanału, dowiaduje się, że zawsze „za Niemca” był utrzymany w porządku. Wszak był najważniejszym szlakiem wodnym w okolicy. Poza tym, podobnie jak dziś, służył (już w tamtych czasach!) turystycznym celom.

Sensacją na kanale są pochylnie. Służą, podobnie jak śluzy pokonaniu różnicy poziomów wody. W sumie pięć pochylni pozwala na zejście o ponad 100 m, na kilka metrów poniżej poziomu morza. Od dziewiętnastego wieku działają one tak: Jacht wpływa do wielkiego kosza, który jest wagonem stojącym w wodzie na szynach. Szyny wychodzą z wody i biegną kilkaset metrów do położonej ok. 20m. niżej dalszej części kanału. Z kanału górnego wypływa bokiem mała ilość wody, która innym kanalikiem spływa do tej niższej części kanału. Po drodze jest koło, które pod wpływem uderzeń strumienia opadającej wody kręci się i porusza system lin, które powodują, że wagonik z jachtem zaczyna jechać po torach. Coś niesamowitego. Bez użycia prądu przez pochylnie może wyjechać do góry i zjechać w dół statek ważący 50 ton!

Awaria silnika każe nam czekać na serwis kilka godzin. Dzięki temu, mogę wdać się dyskusję z pracownikami obsługującymi pochylnię. Mogę zwiedzić pochylnię i zobaczyć, jak fantastyczne dzieło inżynierii wodnej zostało stworzone w Prusach Wschodnich. Czas płynie leniwie na kei tuż przy pochylni . Wieczorem naleśniczki z jagodami, zimne piwko i fascynująca lektura o powstawaniu kanału.

Nazajutrz podejmuje dramatyczną decyzję: Postanawiam zrezygnować z podbicia Malborka, ze zdobycia Bałtyku na rzecz żeglowania po urokliwym Geserich See. To najpiękniejsze jezioro w Polsce z największą linią brzegową. Pełne tajemniczych zakamarków i … z najlepiej serwowanym okoniem w Polsce. To wystarczające powody, by spędzić tu więcej czasu.

Po drodze przystanek w Liebemühl o poranku. Są tam dwie knajpy: jedna to mordownia, gdzie pod olchą miejscowe prostaczki raczą się winem. Gdy pytam, czy można co zjeść, urzędująca z żulkami barmanka przepitym głosem informuje, że „tu się tylko pije”. Drugi lokal to restauracja w starym postpegeerowskim stylu. W środku lamperie. Stoliki z popielniczkami GS. W toalecie napis: „Uprzejmie prosimy o NIE WYRZUCANIE niedopałków i NIE WYMIOTOWANIE do pisuarów, ponieważ się zatykają. W takich sytuacjach prosimy o korzystanie z kosza na śmieci”.

Przy jedynym zajętym o tej porze stoliku czterech chłopa. Cztery szklanki. I trzy flaszki wódki. Dwie „zrobione”, jedna w trakcie rozlewania. Nie dało się odmówić zaproszenia na „07-zgłoś się”. Mili goście świętowali spotkanie. Wszak od wczoraj się nie widzieli. aka klapa w okrągłą rocznice wielkiej wiktorii. Niemieccy turyści robili zdjęcia nieudacznikowi, który dał się podziurawić niemieckim drutom. Postanowiłem nie dać za wygraną i już wkrótce zaatakować Malbork od drugiej strony.